Bogowie słowiańscy – Perun, Weles, Swaróg, Mokosz i inni. W co wierzyli dawni Słowianie?
Share
"Zanim na naszych ziemiach stanęły kamienne świątynie, były święte gaje. Zanim rozbrzmiały kościelne dzwony, człowiek wsłuchiwał się w szum starych dębów, śpiew ptaków i trzask ognia. A zanim pierwsze kroniki zapisano atramentem, najważniejsze opowieści przekazywano przy płomieniach ogniska."
Kiedy myślimy o dawnych Słowianach, przed oczami pojawiają się drewniane grody, wojownicy z włóczniami i niekończące się puszcze. Ale nasi przodkowie pozostawili po sobie coś znacznie cenniejszego niż broń czy wały obronne.
Pozostawili świat wierzeń.
Świat, w którym las nie był tylko lasem.
Rzeka nie była tylko wodą.
A ogień nie był jedynie źródłem ciepła.
Wierzono, że wszystko ma swoją duszę. Każdy kamień, każde drzewo i każdy podmuch wiatru był częścią większego porządku, którego człowiek nie powinien zakłócać.
Mówiło się, że istnieją trzy światy.
Świat ludzi.
Świat bogów.
I świat tych, którzy już odeszli.
Każdy z nich przenikał się każdego dnia.
Może właśnie stąd do dziś zostało powiedzenie:
„Mam z tobą trzy światy.”
Dzisiaj oznacza, że trudno się z kimś porozumieć.
Kiedyś przypominało, że człowiek nigdy nie żyje wyłącznie dla siebie.
Jest częścią czegoś większego.
Choć od tamtych czasów minęło ponad tysiąc lat, dawne wierzenia nie zniknęły całkowicie.
Ukryły się.
W przysłowiach.
W świętach.
W ludowych zwyczajach.
W opowieściach naszych dziadków.
I w symbolach, które do dziś nosimy przy sobie.
Może nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Perun – kiedy niebo przemawiało ogniem
"Kiedy nad puszczą milkły ptaki, a stare dęby zaczynały tańczyć na wietrze, nasi przodkowie nie mówili, że nadchodzi burza. Mówili, że Perun znów przemierza niebo."
Perun był jednym z najpotężniejszych bogów słowiańskich. Pan burzy, piorunów i wojowników. Opiekun odwagi, sprawiedliwości i ludzi, którzy potrafili dotrzymać danego słowa.
Nie był bogiem, którego należało się bać.
Był bogiem, którego należało szanować.
Bo podobnie jak burza, nie przychodził bez powodu.
Jego świętym drzewem był dąb.
Nieprzypadkowo właśnie pod starymi dębami składano przysięgi i podejmowano najważniejsze decyzje. Dąb symbolizował siłę, trwałość i uczciwość. Przetrwał setki burz, dlatego wierzono, że nosi w sobie moc samego Peruna.
Dla naszych przodków piorun nie był jedynie błyskiem na niebie.
Był przypomnieniem.
Że istnieją siły większe od człowieka.
Że natury nie da się podporządkować.
I że odwaga nie polega na braku strachu, lecz na robieniu tego, co słuszne mimo niego.
Co zostało z Peruna do dziś?
Więcej, niż mogłoby się wydawać.
Do dziś mówimy:
„Do pioruna!”
„Pieron jasny!”
„Niech to piorun trzaśnie!”
Albo, że coś spadło na nas „jak grom z jasnego nieba”.
Wypowiadamy te słowa niemal codziennie.
Mało kto zastanawia się, jak długą drogę przebyły, zanim trafiły do współczesnego języka.
Może właśnie dlatego symbol Peruna do dziś jest jednym z najczęściej wybieranych symboli słowiańskich, a amulet Peruna kojarzony jest z odwagą, ochroną i siłą charakteru.
Bo pewne wartości nigdy się nie starzeją.
Swaróg – każdy metal pamięta ogień
"Każdy przedmiot zaczyna się od iskry. Reszta jest cierpliwością."
Ze wszystkich bogów właśnie Swaróg jest nam najbliższy.
Bo trudno prowadzić kuźnię i nie czuć szacunku do ognia.
Swaróg w wierzeniach słowiańskich kojarzony był z ogniem, niebem i rzemiosłem. W wielu opowieściach przedstawiany jest jako boski kowal – ten, który potrafił wydobyć z rozgrzanego metalu rzeczy piękne, trwałe i potrzebne.
To właśnie dlatego kuźnia od zawsze była miejscem wyjątkowym.
Nie tylko tworzono w niej narzędzia.
Tworzono historię.
Każde uderzenie młotka zmieniało zwykły kawałek metalu w przedmiot, który zostawał z człowiekiem na całe życie.
W Słowiańskiej Kuźni wierzymy dokładnie w to samo.
Nie tworzymy biżuterii tylko po to, by dobrze wyglądała.
Tworzymy symbole.
Takie, które przypominają o odwadze.
O korzeniach.
O ogniu.
I o tym, że wszystko, co wartościowe, wymaga czasu.
Każda miedziana bransoletka, każdy amulet słowiański i każdy talizman inspirowany wierzeniami słowiańskimi przechodzą przez płomień.
Tak samo jak przed setkami lat.
Co zostało ze Swaroga do dziś?
Jest takie powiedzenie, które zna chyba każdy.
„Kuj żelazo, póki gorące.”
Większość traktuje je jako zwykłą metaforę.
Kowal wie jednak, że to dosłowna prawda.
Metal nie będzie czekał.
Jeżeli przegapisz odpowiedni moment, stanie się twardy i nie pozwoli się już ukształtować.
Tak samo jest z życiem.
Niektóre szanse przychodzą tylko raz.
Może właśnie dlatego to powiedzenie przetrwało tyle pokoleń.
Mokosz – tam, gdzie ziemia rodzi życie
"Nie wszystko rodzi się z huku burzy. Największa siła dojrzewa po cichu – pod stopami, w ziemi, która od tysięcy lat karmi człowieka."
Jeżeli Perun był potęgą nieba, a Swaróg ogniem kuźni, to Mokosz była spokojem ziemi.
Opiekunka kobiet.
Matek.
Tkaczek.
Ziemi.
Plonów.
I domowego ogniska.
Nasi przodkowie wiedzieli, że bez szacunku dla ziemi nie ma przyszłości.
Nie było supermarketów.
Nie było magazynów pełnych żywności.
Było tylko to, co wydała ziemia.
Dlatego pierwsze ziarno wrzucano do gleby z pokorą.
Pierwszy chleb dzielono z wdzięcznością.
A pierwsze zioła zbierano z ogromnym szacunkiem.
Bo wszystko zaczynało się właśnie tutaj.
Od ziemi.
Mokosz przypominała, że siła nie zawsze krzyczy.
Czasem rośnie powoli.
Tak jak drzewo.
Tak jak zboże.
Tak jak człowiek.
Co zostało z Mokoszy do dziś?
Choć dziś niewielu ludzi zna jej imię, wiele dawnych zwyczajów nadal jest obecnych w naszej kulturze.
Do dziś podczas Zielonych Świątek domy ozdabia się zielonymi gałązkami.
Do dziś święci się bukiety ziół i kwiatów.
Do dziś mówimy:
„Matka Ziemia.”
Może nie myślimy już wtedy o Mokoszy.
Ale szacunek do ziemi pozostał.
Tak samo jak przekonanie, że natura zawsze odwdzięcza się tym, którzy potrafią ją szanować.
Weles – tam, gdzie kończy się droga, zaczyna się tajemnica
"Jeżeli istniało miejsce, gdzie świat ludzi spotykał się z tym, czego nie potrafimy wyjaśnić, był nim las."
Nie każdy bóg przemawiał grzmotem.
Nie każdy objawiał się ogniem.
Niektórzy woleli ciszę.
Szum starych sosen.
Ślady wilka na mokrej ziemi.
Mgłę unoszącą się nad bagnami.
To właśnie tam nasi przodkowie dostrzegali obecność Welesa.
Jednego z najbardziej tajemniczych bogów słowiańskich.
Opiekuna lasów.
Zwierząt.
Pasterzy.
Bogactwa.
Świata przodków.
Ale również...
magii.
Weles był strażnikiem wiedzy ukrytej przed zwykłym człowiekiem. To z nim wiązano szeptuchy, zielarki i ludzi, którzy potrafili odczytywać znaki pozostawione przez naturę. Wierzono, że świat nie kończy się na tym, co widzą oczy, a prawdziwa mądrość rodzi się z cierpliwej obserwacji.
Las był jego świątynią.
Nie budowano tam murów.
Nie było złotych ołtarzy.
Były stare dęby.
Mchy.
Kamienie.
I cisza.
Może właśnie dlatego do dziś, kiedy życie zaczyna nas przytłaczać, uciekamy właśnie do lasu.
Nie do galerii handlowej.
Nie do miasta.
Do drzew.
Jakbyśmy podświadomie wiedzieli, że tam łatwiej odnaleźć spokój.
Co zostało z Welesa do dziś?
Mówimy:
„Las leczy.”
„Idę przewietrzyć głowę.”
„Las ma swoją magię.”
Może to nie są stare przysłowia zapisane w kronikach.
Ale pokazują jedno.
Nadal wierzymy, że są miejsca, których nie da się zastąpić.
Może właśnie tam nadal mieszka odrobina Welesa.
Dziewanna – córka lasu i wolnego wiatru
"Nie wszystko, co piękne, daje się oswoić."
Kiedy człowiek opuszczał wieś i zagłębiał się w las, wiedział, że wchodzi do świata rządzącego się własnymi prawami.
To właśnie z dziką naturą najczęściej łączona jest Dziewanna.
Bogini lasów, łowów i wolności.
Nie potrzebowała pałaców.
Jej domem były ścieżki, których nikt nie wytyczył.
Mchy.
Paprocie.
Śpiew ptaków.
I cisza, która dla jednych była spokojem, a dla innych tajemnicą.
Nasi przodkowie wiedzieli, że natury nie da się podporządkować.
Można ją tylko szanować.
Dziewanna przypominała, że człowiek jest jedynie gościem w lesie.
Nigdy jego właścicielem.
Co zostało z Dziewanny?
Jej imię przetrwało do dziś.
Dziewanna to również nazwa rośliny, którą nasze babcie i prababcie wykorzystywały w zielarstwie. Z jej kwiatów przygotowywano napary, syropy i domowe lekarstwa.
Może właśnie dlatego do dziś tak chętnie wracamy do ziół.
Do suszonych bukietów.
Do zapachu lawendy, mięty i dziewanny wiszącej pod dachem.
Bo gdzieś głęboko w nas nadal żyje przekonanie, że natura potrafi dać człowiekowi więcej, niż nam się wydaje.
Marzanna – żeby mogło narodzić się nowe
"Nie można powitać wiosny, dopóki nie pożegna się zimy."
Wyobraź sobie wieś sprzed setek lat.
Śnieg powoli znika.
Pierwsze promienie słońca ogrzewają ziemię.
Dzieci biegną przez pola.
Dorośli niosą słomianą kukłę.
To Marzanna.
Nie niosą jej z gniewem.
Niosą ją z nadzieją.
Bo wiedzą, że każda zima kiedyś się kończy.
Marzanna była symbolem przemijania, chłodu i czasu, który musi odejść, aby zrobić miejsce nowemu życiu. Nasi przodkowie rozumieli coś, o czym często zapominamy.
Że nie ma wiosny bez zimy.
Nie ma światła bez ciemności.
Nie ma początku bez końca.
Co zostało z Marzanny?
Do dziś dzieci topią Marzannę pierwszego dnia wiosny.
Śmieją się.
Śpiewają.
Patrzą, jak odpływa z nurtem rzeki.
Dla wielu jest to zwykła szkolna tradycja.
A przecież uczestniczymy w jednym z najstarszych obrzędów, jakie przetrwały na naszych ziemiach.
Może nie wypowiadamy już dawnych zaklęć.
Ale sens pozostał ten sam.
Żegnamy to, co było.
I robimy miejsce temu, co dopiero nadejdzie.
Świętowit – patrzeć dalej niż inni
"Dobry przywódca nie patrzy tylko przed siebie. Widzi to, czego inni jeszcze nie dostrzegają."
Świętowit należał do najważniejszych bogów zachodnich Słowian.
Jego słynna świątynia w Arkonie przyciągała ludzi z odległych ziem, a kapłani pytali o radę przed najważniejszymi wydarzeniami.
Przedstawiano go z czterema twarzami.
Nie po to, by wzbudzać strach.
Lecz po to, by przypominać, że mądrość wymaga spojrzenia w każdą stronę.
Obok jego posągu stał biały koń.
Nie był zwykłym zwierzęciem.
Wierzono, że pomaga odczytywać znaki i wskazuje właściwy kierunek.
Dla naszych przodków był symbolem rozwagi, odpowiedzialności i troski o przyszłość całej wspólnoty.
Co zostało ze Świętowita?
Do dziś mówimy:
„Spójrz na to z każdej strony.”
„Nie oceniaj zbyt szybko.”
„Najpierw pomyśl, potem działaj.”
Może nie kojarzymy tych słów ze Świętowitem.
Ale sama myśl przetrwała.
Bo prawdziwa mądrość nigdy nie rodzi się z pośpiechu.
Rod – opiekun rodu i naszych korzeni
"Drzewo bez korzeni nie przetrwa pierwszej burzy. Tak samo człowiek, który zapomni, skąd pochodzi."
Wśród dawnych wierzeń słowiańskich szczególne miejsce zajmował również Rod.
Dla wielu był uosobieniem początku życia, więzi rodzinnych i ciągłości pokoleń.
To właśnie z jego imieniem wielu badaczy łączy słowo „ród” – rodzinę, wspólnotę i ludzi, których łączą wspólni przodkowie.
Nasi przodkowie wierzyli, że człowiek nigdy nie jest sam.
Niesie w sobie pamięć tych, którzy byli przed nim, i pozostawia ślad dla tych, którzy przyjdą po nim.
Co zostało z Roda do dziś?
Choć jego imię nie jest już powszechnie znane, słowo „ród” nadal jest obecne w naszym języku.
Mówimy o rodzie.
Korzeniach.
Drzewie genealogicznym.
Historii rodziny.
Może właśnie dlatego tak wielu z nas chce dziś odkrywać swoje pochodzenie i wracać do dawnych tradycji.
Bo człowiek, który zna swoje korzenie, łatwiej odnajduje własną drogę.
Ogień nadal płonie
Minęły wieki.
Zmieniły się granice.
Zmieniły się miasta.
Zmienił się świat.
Ale wystarczy uważnie się rozejrzeć.
Krzykniemy:
„Do pioruna!”
Nie zastanawiając się nad Perunem.
Powiemy:
„Kuj żelazo, póki gorące.”
Nie myśląc o Swarogu.
Pójdziemy do lasu, żeby odnaleźć spokój.
Jakby Weles wciąż czekał pomiędzy starymi drzewami.
Utopimy Marzannę.
Udekorujemy dom zielonymi gałązkami.
Ususzymy zioła.
Spojrzymy na świat z kilku stron, zanim podejmiemy decyzję.
Może właśnie dlatego wierzenia naszych przodków nie umarły.
Po prostu nauczyły się mówić innym językiem.
W Słowiańskiej Kuźni wierzymy, że symbole nie są tylko ozdobą.
Są pamięcią.
Każdy amulet słowiański, każdy symbol słowiański i każda ręcznie wykonana biżuteria inspirowana wierzeniami słowiańskimi niesie ze sobą opowieść starszą od nas wszystkich.
Bo ogień może zgasnąć. Metal może pokryć się patyną.
Ale historia... historia pozostaje.
Dopóki pamiętamy o naszych korzeniach, dopóty płomień dawnych wierzeń nie zgaśnie.
Do zobaczenia przy następnym ogniu.